advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:

Ikona lat 90. rozlicza się z przeszłością. "Kiedyś Kora trochę się oburzyła"

19 min. czytania
15.05.2025 04:35
Zareaguj Reakcja

"Golden Life żyje i ma się dobrze" – podkreśla w rozmowie z dziennikarką serwisu RockRadio.pl wokalista Adam Wolski. Najlepszym dowodem na to jest nowa płyta ikon lat 90. pod tytułem "Rock, dwa, siedem". W wywiadzie dla nas artysta wyjawił, jak powstała. Opowiedział też m.in. o historii piosenki "24.11.94" i kultowego coveru "Oprócz błękitnego nieba", o brutalnych kulisach muzycznej branży, a także o tym, jak nie powinno się... słuchać muzyki.

Wokalista Golden Life wykłada karty na stół. Adam Wolski rozlicza się z przeszłością
Wokalista Golden Life wykłada karty na stół. Adam Wolski rozlicza się z przeszłością
fot. Prywatne archiwum zespołu
  • Golden Life w latach  90. był jednym z najważniejszych zespołów w Polsce.
  • Lata mijają, a gdańska kapela nadal czerpie przyjemność z grania. Wydała też w marcu nowy album.
  • Na temat historii i przyszłości grupy otworzył się w wywiadzie dla RockRadio.pl wokalista Adam Wolski.

Golden Life powstał w 1987 r., ale pod obecną nazwą zaczął funkcjonować rok później. Zasmakował wielkiego sukcesu na początku lat 90. dzięki piosence Maanamu "Oprócz błękitnego nieba", którą uczynił kultowym przebojem. Najpierw jednak musiał porzucić język angielski i wielki eklektyzm. Historia grupy jest zawiła i Intrygującą. Jest naznaczona nie tylko triumfami, ale również zawodami i tragediami.

Rozwiąż quiz o klasyce polskiego rocka. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...

Quiz: Kartkówka z klasyki polskiego rocka. Wstyd nie trafić 15/20

1/20 Który hit rozpoczyna się słowami: "Mówią o mnie w mieście: Co z niego za typ"?

W jaki sposób ta historia została napisana? To jedna z kwestii poruszonych przez Adama Wolskiego w rozmowie z dziennikarką serwisu RockRadio.pl. Wokalista mówił o początkowym niezrozumieniu przez rodaków, długowieczności w muzyce, śpiewaniu na pogrzebach, dawaniu drugich szans artystom czy... beznadziejnej akustyce na PGE Narodowym. Nie mogło też zabraknąć tematu wielkiego powrotu i nowej płyty "Rock, dwa, siedem", która ujrzała światło dzienne 18 marca 2025 roku.

Golden Life - od niezrozumienia do występów z Maanamem

Wioleta Wasylów, dziennikarka serwisu RockRadio.pl: Trafiłeś do Golden Life na przełomie 1989 i 1990 r. Jak do tego doszło?

Adam Wolski: Zespół szukał wokalisty, kogoś świeżego. Magda Kunicka, zarządzająca wtedy w Gdańsku słynnym Domem Kultury o dźwięcznej nazwie "Burdel", zaprosiła ich na koncert. Występowałem tam z takim zespołem nowofalowym. Magda mnie zarekomendowała, usłyszeli mnie i zaprosili na próbę. Niedługo przypieczętowaliśmy współpracę i zaczęliśmy nagrywanie płyty.

Na pierwszej płycie wszystkie teksty były po angielsku, na drugiej proporcje były 50:50, a potem zaczęliście stawiać głównie na język polski. Skąd ta zmiana?

Wtedy była taka moda, żeby śpiewać po angielsku, więc podążyliśmy za tym uniwersalnym językiem. Miał nam dać eklektyczną barwę wśród siermiężnych polskich zespołów. Jednak po debiutanckiej płycie zostaliśmy praktycznie nieodczytani przez nasz kraj. Wielu ludzi nawet nie rozpoznawało, że Golden Life jest z Polski. Wtedy stwierdziliśmy, że w języku angielskim nie jesteśmy tak dobrze rozumiani i postanowiliśmy nagrać coś po polsku.

Poszliśmy łatwiejszą drogą i wybraliśmy czyjś utwór – taki, w którym wszystko się zgadza, jeśli chodzi o kompozycję i tekst. Tyle, że zrobiliśmy to po swojemu. Tak powstał cover piosenki Maanamu "Oprócz błękitnego nieba", który przyjął się dobrze na rynku. Do tej pory funkcjonuje już bardziej pod naszą nazwą, chociaż oczywiście to utwór autorstwa Marka Jackowskiego. Otworzył nam jednak wiele drzwi. Potem posypały się dalsze utwory z polskimi tekstami. Pisałem ja, gitarzysta Jarek Turbiarz i wielu różnych ludzi. Zawsze staraliśmy się znajdować dobre słowo, niezależnie od tego, kto był autorem.

Redakcja poleca

Teraz na myśl o "Oprócz..." rzeczywiście niemal wszyscy od razu mają skojarzenie z Golden Life, a nie Maanamem.

Kiedyś Kora trochę oburzyła się na to, że młody człowiek powiedział, iż to piosenka Golden Life. Niestety, tak to jest. Covery też mają swoją siłę i są poznawane przez młodych jako utwór zespołu, który to wykonuje. Marek Jackowski sam przyznał, że zrobiliśmy to lepiej niż on i dał nam pełne błogosławieństwo. Powiedział, że tak naprawdę to nasz przebój, choć oczywiście z jego kompozycją.

Czy spodziewaliście się, że osiągnie taki sukces?

Nie, w ogóle. Zrobiliśmy to bardziej po to, żeby zaistnieć z jakimś słowem polskim, a że radio zaczęło to grać i stało się to wręcz hymnem wielopokoleniowym – to bardzo miłe. Pamiętam koncert "Energia Sztuki" w Żarnowcu w 1992 r. Wtedy Marek Jackowski razem z Korą zaprosili nas na scenę i wykonaliśmy wspólnie ten utwór. Chyba nawet można to obejrzeć w YouTube.

To zapewne musiało być wyjątkowe przeżycie.

Tak. Marek wszedł do naszej garderoby, powiedział, że bardzo mu się podoba nasza wersja i zaprasza nas do wspólnego wykonania tego utworu. To są takie miłe rzeczy. Potem wielokrotnie spotkaliśmy się na scenach i zawsze siebie dopingowaliśmy.

Dobre teksty są najważniejsze

Mówiłeś, że sami pisaliście teksty, ale w jednym z wywiadów wspominałeś, że sięgacie też często po autorów z zewnątrz. Obecnie to oni przeważają?

Nie ma żadnego schematu, kto pisze teksty. Zawsze oceniamy sam tekst, a nie to, kto jest autorem. Ostatnia płyta jest tego dowodem. W ogóle nie informowałem kolegów, kto pisał słowa. Zależało mi, żeby się tym nie kierowali, bo zawsze jakaś sugestia może pójść, że to ktoś wielki albo mniej znany i tak dalej. My ocenialiśmy tylko słowa. Jako zespół demokratyczny wspólnie wybraliśmy teksty, które najbardziej pasowały do muzyki, kleiły się, miały wartość merytoryczną i najładniej brzmiały.

Dopiero jak album powstał, oznajmiłem reszcie, kto napisał teksty. Było dużo zaskoczeń, bo całkiem fajny tekst do "Pulp" napisał nasz gitarzysta Michał "Wierzba" Saidowski. Dwie dziewczyny napisały nam dwa teksty: "Bowie" – Marta Szelichowska, a "Wariata" – Magdalena Wójcik. Dużą część tekstów stworzył Marcin Krzyżanowski. Jego pióro najbardziej przypadło nam do gustu.

Ty wiedziałeś wcześniej, kto pisał teksty, ale czy autorzy sami się do Ciebie zgłaszali z propozycjami i z takiej puli wybieraliście, czy był organizowany konkurs?

Podsyłali. Jestem wokalistą i dla mnie słowo jest kluczowe, więc mam dostęp do takich ludzi. Zacząłem się z nimi kontaktować. Zaznaczałem linię wokalną śpiewem określanym rybką. Powstała baza melodyczna, jakaś sylabizacja. Podpowiadałem też autorom, co bym chciał w tekstach. Nakreślałem schemat. Oni na bazie tego pisali i wysyłali teksty. Potem śpiewałem je chłopakom bez podawania autorów i je ocenialiśmy. Dla mnie kluczowe było utrzymanie dobrych, wspólnie brzmiących tekstów. I takie są. Oczywiście wcześniej zawsze przechodziły jakieś poprawki.

Redakcja poleca

Czyli masz jakieś sugestie odnośnie tematyki tekstów.

Zawsze. Ja też piszę teksty i pisałem na wcześniejsze płyty. Zawsze chodzi mi o świeżość, inność, żeby teksty nie były spod jednego pióra, co może być później mocno sugestywne. Zostawiam też sobie bazę na płytę solową, gdzie wszystkie teksty napiszę sam. Tu z kolei jest praca zespołowa. Dochodzimy zawsze do etapu, gdzie jesteśmy zgodni co do pomysłów na tematykę tekstów.

Jeśli chodzi o kompozycje, powstawanie muzyki, to też jest organiczne? Nie ma czegoś takiego, że ktoś dominuje?

Raczej nie. Karol (Skrzyński-Paszkowicz – przyp. red.) kiedyś powiedział: "Nie umiem komponować. Nie pomogę Wam w kompozycjach", a ja odparłem: "To nie polega na tym, że bierzesz gitarę i przygotujesz numer od A do Z. To praca na różnych etapach. Ktoś może przynieść akord, ktoś inny melodię. Ktoś to doprawi fantastyczną gitarą, a ty na przykład jako perkusista dasz fajny rytm". To wszystko się składa na komponowanie.

Wyjechaliśmy do takiego domku, gdzie bazę pomysłów na całą nową płytę zamknęliśmy w kilka dni. Usiedliśmy z instrumentami i mikrofonem i zaczęliśmy grać. Fajnie, że to rejestrowaliśmy. Potem zrobiliśmy selekcję i z kilkunastu pomysłów wybraliśmy 10 piosenek. Jedną z nich podaliśmy potem w dwóch różnych aranżacjach. Chodzi o "Revo 1" i "Revo 2".

Za sprawą tego wyjazdu chcieliście odciąć się od świata i skupić tylko na komponowaniu?

Tak, telefony nie działały, byliśmy sami, nikt nie przeszkadzał. Menadżer nam gotował posiłki, a my ciągle graliśmy.

W przypadku poprzednich płyt było podobnie?

Różnie, aczkolwiek dość często to przy takich wyjazdach powstawało najwięcej rzeczy. Kilka takich wyjazdów było. Tam rejestrowaliśmy pomysły, ale proces twórczy prowadzący do powstania piosenki jest żmudny. Trwa jeszcze długo, też pod postacią homerecordingu, bo wszyscy mamy możliwości dogrywać instrumenty w domu. Dorzucane są kolejne elementy i zastanawiamy się, co dalej, ale się nie spieszymy. Jesteśmy świadomi, że nikt nie czeka z utęsknieniem na nasze płyty, więc wydajemy je wtedy, kiedy jesteśmy w pełni zadowoleni z tego, co stworzyliśmy. Ta płyta zaczęła powstawać w październiku w 2020 r., a finalna wersja zamknęła się w końcówce 2024 r.

Różne odcienie zespołu Adama Wolskiego

To była wasza najdłuższa przerwa między albumami, bo "Rock, dwa, siedem" to pierwsza płyta studyjna od 2017 r. (nie licząc reedycji "Efil Ned Log").

Nie mamy biznesowego planu, że musimy koniecznie wydać płytę co dwa, trzy lata. Robimy to, kiedy chcemy i jesteśmy gotowi. Uważam, że wcześniej nie byliśmy. Po drugie, graliśmy koncerty, a potem była pandemia. To wpłynęło na obsunięcie w czasie. Uważam też, że u wykonawców, którzy rzadziej wydają płyty, są one często bardziej przemyślane i lepsze. Nie są robione na szybko, żeby tylko wydać i podbić sprzedaż.

Kiedyś ktoś zarzucał nam, że po czwartej płycie, "Bluberd", która była jakimś tam przebojem – bo miała hity "Dobra, dobra, dobra" i "Helikopter" – nie nagraliśmy od razu kolejnej. Nie czuliśmy tego. To proces, a nie piekarnia, gdzie bułki robi się jednym przepisem. To musi wyjść od nas. Był też w zespole zastój twórczy, więc można było się rozstać albo uzbroić się w cierpliwość i poczekać na wenę. Lepiej położyć coś wartościowego na talerzu, niż dać byle co.

Czyli nie było konkretnego momentu, kiedy stwierdziłeś, że to ten czas?

Nie. Gdybym chciał wydać materiał na świeżo po tym, co stworzyliśmy w tym domku, to przy wenie wydawalibyśmy płytę co dwa tygodnie. Tam pojawiły się fajne wstępne pomysły, ale musiały przejść proces. Nasze utwory są mocno przemyślane. Każdy szczegół w nich jest dla mnie ważny i cenny. Jeśli chodzi o płyty innych wykonawców, też lubię się w nie wsłuchać i rozbić na czynniki pierwsze. Na tym powinno polegać słuchanie. Posiłkowanie się pierwszym wrażeniem jest dla mnie płytkie. Ja lubię odkrywać nowe elementy i analizować je.

Do niektórych utworów człowiek przekonuje się po kilku przesłuchaniach i całkowicie zmienia zdanie. Są też takie, w których dopiero po dłuższym czasie, przez przypadek nagle słyszy jakąś nową warstwę, której wcześniej nie dostrzegał.

Mam tak też z naszymi płytami, np. z debiutancką „Midnight Flowers”. Mimo, że jest po angielsku i była nagrana jeszcze na archaicznym sprzęcie, z automatami perkusyjnymi itd., to w ogóle się nie zestarzała. Pozostaje świeża w pomysłach, aranżacjach, zaśpiewie, melodyce. Nawet niektóre brzmienia mi się bardziej podobają niż obecne. Chociaż uważam, że ta nowa płyta jest bardzo płynna, spójna i dobrze wyprodukowana, więc polecam ją wszystkim.

Jakbyś opisał jej brzmienie?

Wróciliśmy do swoich początków. Może nie do "Midnight Flowers", bo tamta płyta była zbiorem wszystkich naszych ówczesnych fascynacji spiętych w koktajl muzyczny. Było trochę country, rapu, rave'u i rock. Druga płyta, "Efil Ned Log", była już prawdziwie rockowa, na amerykańską modłę. Do niej porównałbym nowy album. Podobna energia.

Tam były też już utwory po polsku: "Oprócz", "Wszystko to, co mam", "Bo ja to wiem", "Palec". Przeboje, które młodzi ludzie zauważyli i śpiewali. Wysyłali nam kartki, co było bardzo miłe. Wcześniej byliśmy całkowicie niezrozumiani. Tak, jakby wszyscy twierdzili: "Kur**, kto to jest? To nie band z Polski". Musieliśmy więc pokazać, że jednak jesteśmy stąd.

Poza tym grunge odcisnął na nas piętno. Byliśmy wtedy bardzo młodzi i chcieliśmy grać jak cały świat. Nie mieliśmy wypracowanego swojego stylu. Na samym początku wielu krytyków mówiło: "No ciekawy zespół, tylko jeszcze grać nie umie", więc tak naprawdę uczyliśmy się muzyki. Dopiero po drugiej płycie odłożyliśmy inne dodatkowe zajęcia, które mieliśmy (jedni kończyli studia, inni pracowali) i stwierdziliśmy, że taką muzyczną karierę chcemy wybrać. Okazało się, że z tego, co wcześniej było zabawą, można fajnie żyć.

Redakcja poleca

Wracając do debiutu – różnorodność stylów wynikała z chęci eksperymentowania, czy po prostu nie do końca wiedzieliście, którą drogą chcecie iść?

Próbowaliśmy nowych rzeczy. Słychać tam wiele różnych fascynacji. Marynarze sprowadzali płyty z zachodu – wtedy zdobywanie zagranicznych rarytasów nie było proste, ale mieliśmy osoby w Trójmieście, które nam pokazywały fantastyczną muzykę. Byliśmy cały czas inspirowani dobrą muzyką, dobrą modą i politycznymi wydarzeniami.

Ta różnorodność wynikała z tego, że chcieliśmy być inni niż to siermiężne, polskie, szare otoczenie Chcieliśmy być barwni. Pamiętam, że kiedy wystąpiliśmy na festiwalu w Sopocie w 1991 r., podszedł do nas Paul King i powiedział: "To wy jesteście z Polski? Widzę, że macie tutaj fantastyczne zespoły, które można postawić na równi z grupami z Wielkiej Brytanii czy USA".

Potem zdobyliśmy główną nagrodę na festiwalu MTV Pop Song w Bregenz w Austrii. Pokazaliśmy, że możemy się mierzyć w świecie. Była duma, ale skończyło się na drobnym aplauzie. Nie szedł za tym żaden kontrakt na koncerty za granicą czy coś z tych rzeczy. Mogliśmy sobie tylko dopisać do CV zwycięstwo w festiwalu, a na nasze konta wpadło kilka zielonych banknotów. Potem wróciliśmy do Polski i stwierdziliśmy, że po angielsku to my jednak nie powojujemy.

Zmiany na rynku muzycznym

Jakie inne wydarzenia były szczególnie ważne dla rozwoju Golden Life?

Naszym największym sukcesem jest to, że cały czas istniejemy i chce się nam grać. Przecież każdy mógł już dawno stwierdzić, że z tego nie ma dużej kasy. Robimy to tak naprawdę z pasji. Jesteśmy zespołem drugo-trzecioligowym, a nie Dawidem Podsiadłą. Owszem, w latach 90. było nas pełno, ale na początku lat 2000 straciliśmy trochę zainteresowania ze strony mediów. Jednak cały czas istniejemy, gramy i cieszy nas to. Z nikim się nie ścigamy.

Uważam, że każdy ma zapisaną gdzieś swoją drogę. Jeżeli nasza jest taka, ja to przyjmuję z wdzięcznością i pokorą. Świadectwem naszej kariery są płyty i koncerty, które są naszą dużą siłą. Dużo ludzi mówi, że na koncercie usłyszeli coś, czego nigdy wcześniej nie słyszeli w naszych utworach, że są zagrane z większą siłą, dynamiką. To są dla mnie osobiste nagrody. Ja się z tego bardzo cieszę.

Czyli nie można mówić o jakichś konkretnych wydarzeniach, które były szczególnie ważne?

Nie. To znaczy – są pewne są wydarzenia, które zapisały się jakoś mocniej pozytywnie, ale są też wydarzenia smutne, które miały na nas wpływ. Choćby pożar w Stoczni Gdańskiej, czy śmierć naszego perkusisty. Ostatnio też zmarł po ciężkiej chorobie nasz przyjaciel, który przez jakiś czas zajmował się u nas nagłośnieniem. Więc dużo jest przykrych rzeczy, ale są też i sympatyczne: choćby masa koncertów, w tym na Pol'and'Rocku. W namiocie full ludzi, a poza nim jeszcze ileś tysięcy i wszyscy śpiewali słowo w słowo. To miłe rzeczy, które powodują, że to, co robisz, ma sens.

W takim razie kluczem do długowieczności zespołu jest po prostu lubić to, co się robi...

Tak. Sekretem jest też to, by nie oczekiwać, że od razu spadną na ciebie laury. Inaczej rozstalibyśmy się już po pierwszej płycie, ale cały czas chcieliśmy i parliśmy do przodu. Jasne, bywały czasem chwile zwątpienia – są lepsze i gorsze dni – ale musisz gdzieś tam widzieć swój cel, a jest on taki, by robić to, co się lubi.

Stadion Narodowy: "Moja noga tam więcej nie postanie"

Działacie od ponad 35 lat. Czy jakieś zmiany, które przez ten czas nastąpiły na rynku muzycznym – jeśli chodzi o nośniki czy artystów, którzy stają się popularni – były trudne do zaakceptowania?

Dla mnie kluczowym sygnałem było to, że ludzie przestali słuchać muzyki na nośnikach. Kiedyś to był cały proces: wkładałeś do odtwarzacza kasetę czy płytę i słuchałeś jej w całości. Dzisiaj lecisz wybiórczo. Często wybierasz dwa utwory z płyty, nie poznając całości i zamysłu. To tak, jakbyś obejrzał dwie minuty filmu i już wyciągał wnioski, o czym on jest. To nie powinno tak działać.

Oczywiście możesz wyjść wcześniej z koncertu, jeśli Ci się nie podoba i źle brzmi. Ja wychodziłem z powodu beznadziejnej akustyki ze Stadionu Narodowego i stwierdziłem, że moja noga tam więcej nie postanie, bo te zespoły tylko tracą. Miały pokazać w moim odczuciu fajną sztukę, a spier****** to wszystko tylko dlatego, że chciały więcej kasy i pojechały w takie, za przeproszeniem, g*wno warte miejsce, jeśli chodzi o akustykę.

Zdaję sobie sprawę, że są też kiepskie miejsca, gdzie trzeba zagrać. Sam byłem kiedyś w takiej sytuacji, jak przyjechaliśmy na koncert Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy bodajże do Iławy. Wchodzimy, a tam sala gimnastyczna. Nie było normalnej sceny, tylko rusztowanie budowlane. Organizator powiedział, że sprzęt za chwilę będzie. Przyjechały dwie kolumny przywiezione z pobliskiego kościoła. No ale stwierdziliśmy, że musimy zagrać, bo ludzie na nas czekali.

Redakcja poleca

I jak poszło?

Postanowiliśmy odsunąć rusztowania na bok. Wytłumaczyliśmy ludziom, że sprzęt jest marnej jakości i poprosiłem ich o to, żeby usiedli i byli jak najciszej. Postawiliśmy kolumny ciut wyżej, żeby cokolwiek słyszeli i zagraliśmy półakustyczny koncert. Bardzo im się spodobało, że stworzyliśmy miejsce, gdzie dało się posłuchać piosenek.

Dla organizatora to nic nie znaczyło, bo kiedyś organizacja koncertów była na bardzo niskim poziomie. Dzisiaj już jest na bardzo wysokim i rzeczywiście może się podobać, bo artysta i słuchacze czują się komfortowo. Artysta się cieszy, bo gra na dobrym sprzęcie, a słuchacz dostaje dobry dźwięk. No ale są też takie wtopy, jak ten Narodowy, gdzie kilka moich ulubionych zespołów niestety zostało okaleczonych. Wolę pójść do sklepu i kupić kilka płyt za to niż kaleczyć swoje uszy na złym koncercie.

Rozumiem, że ten koncert dla WOŚP był w latach 90.?

To były początki naszej działalności. Dla WOŚP gramy zawsze po kilka koncertów na finał. Staramy się zahaczyć o dwie, trzy miejscowości. To była jedna z nich. Duża ówcześnie popularność zespołu spowodowała, że przyszły tłumy, a sala gimnastyczna ma złą akustykę. Do tego stawianie rusztowań i dwóch kolumn średniej jakości może doprowadzić do skrajnie złego odbioru. To oczywiście odbijało się tylko na nas. Ludzie wychodziliby i mówili, że kiepsko brzmieliśmy.

No właśnie, ludzie nie pomyślą o tym, że winne są organizacyjne i techniczne problemy, na które nie macie wpływu.

Człowiek się nie zastanawia nad tym. To tak jak z kupowaniem biletów do kina – ludzie chcą otrzymać film z dobrej jakości obrazem i dźwiękiem, ale tam wszystko jest łatwiejsze do opanowania. Tymczasem sala gimnastyczna nie jest dobrym miejscem na koncerty. No ale tak to jest z działalnością koncertową...

Pożar i powstanie "24.11.94"

Muszę wrócić jeszcze do przykrych wydarzeń i pożaru w hali Stoczni Gdańskiej po waszym koncercie. Teraz minęło 30 lat od wydania piosenki "24.11.94", która była hołdem dla ofiar (w tym 7 ofiar śmiertelnych) tego zdarzenia. Jak wyglądał proces jej powstania?

Był bardzo spontaniczny. Utwór nie powstał dlatego, że nam się urodziła jakaś myśl, tylko dlatego, że młodzi ludzie, których odwiedzaliśmy w szpitalu następnego dnia po pożarze, prosili byśmy stworzyli piosenkę przypominającą o ofiarach i stanowiącą pomnik. To był ich pomysł. My od razu pomyśleliśmy, żeby w tytule upamiętnić to datą tego koncertu.

"24.11.94" powstało ekspresowo. Słowa napisała Iwona – żona naszego gitarzysty Jarka. Była świeżo upieczoną mamą i kiedy trzymała to dziecię, słowa praktycznie same się jej pisały. Wcześniej powstał zamysł kilku akordów itd., więc wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pożar był 24 listopada, a my 17 grudnia mieliśmy gotową piosenkę z tekstem i muzyką.

Redakcja poleca

Podczas koncertu w Gdyni zbieraliśmy pieniądze dla ofiar pożaru. Były relacje ze szpitala. Na scenie wystąpiliśmy z aktorami Teatru Muzycznego w Gdyni. Grał też Grzesiu Skawiński. Potem poszła większa akcja, bo Maciej Dejczer wyreżyserował teledysk. Zaprosiliśmy innych fantastycznych artystów: od Artura Gadowskiego po Edytę Geppert.

Biorąc pod uwagę okoliczności, chyba można stwierdzić, że stał się to szczególny w waszym repertuarze utwór?

Jest fantastyczny, ale i uniwersalny, bo stał się wspomnieniem i pożegnaniem wszystkich osób, które odeszły. Kiedyś skontaktowała się z nami matka dwóch synów, którzy zginęli w wypadku samochodowym. Organizowała pożegnanie i prosiła, żebyśmy zagrali tę piosenkę. Pytano nas też, czy możemy zagrać ją na czyimś pogrzebie. Inni z kolei mówili, że uratowała im życie.

Stał się to utwór wszystkich i musieliśmy go grać na każdym koncercie. Z początku było to trudne bo wspomnienia były żywe. Przecież żona naszego basisty była poparzona. Tam się rozgrywały dramatyczne sceny. Dopiero po jakimś czasie zacząłem śpiewać ten numer pełnym głosem, bez drżenia. Wcześniej emocje były zbyt silne.

Byliście świadkami tego, to więc to musiało odcisnąć piętno.

Ludzie często pytają, dlaczego zawsze występuję w ciemnych okularach. Niektóre emocje są tak widoczne, że lepiej je ukryć za okularami i niech to zostanie w niedopowiedzeniu, co czuję.

Innym trudnym doświadczeniem była śmierci waszego perkusisty Macieja Próchnickiego w wypadku samochodowym z 2004 r. Które wasze dzieło najbardziej Wam o nim przypomina?

Płyta "Natura" z 1994 r. Maciek przyszedł do nas rok wcześniej w miejsce Jacka Binasiewicza, który był jazzmanem i odszedł, bo nie spodobało mu się, że po pierwszej płycie skręciliśmy w stronę rocka. Tydzień przed dużym koncertem w Operze Leśnej poinformowaliśmy menadżera, że zagramy z nowym perkusistą. Ten się na nas wydarł: "Ja pier****, to będzie jakiś dramat". Ja powiedziałem: "Spokojnie, będzie dobrze" i rzeczywiście koncert był udany. Jak tylko usłyszał Maćka powiedział: "Wow".

Maciek dał nam dużo opanowania. Był nad wyraz spokojnym perkusistą, ale grał fantastyczne i bardzo mocne rzeczy. Wtedy szykowaliśmy się do nagrywania "Natury" i Maciek mocno zaznaczył na niej swoją obecność. Miał wiele pomysłów i włożył w nią serce. "Natura" była jednotematyczna. Pod tym hasłem stworzyliśmy całokształt wyrazu artystycznego.

Nawet nie graliśmy w normalnej sali prób, tylko w stolarni, z dala od miasta. Duży wpływ miał na nas wypadek autokaru w Kokoszkach (niedaleko miejsca naszych prób), gdy jedno drzewo zatrzymało dziesiątki istnień ludzkich. Wówczas pomyśleliśmy, by napisać o sile natury.

Już wspominałeś, że wszystkie kompozycje starasz się traktować jednakowo, więc chyba nie możesz wskazać takich, które uważasz za najlepsze?

Takie wskazywanie nie ma raczej sensu. Muzyka ma swoje znaczenie i odzwierciedlenie w czasie, w którym powstaje, i w którym jej słuchasz. Łączy się z pewnymi wspomnieniami i wydarzeniami w twoim życiu i tak dalej.

Wszystkie swoje piosenki kocham, ale każdą inaczej. Pamiętam, że po pierwszej płycie przychodzili do nas gitarzyści i mówili, że jej nie rozumieją. Mają prawo. W tamtym czasie mieliśmy taką, a nie inną wizję. Nie każdy ją musi rozumieć. Ja w ogóle do tego nie dążę. Dla jednych będzie to fajne, dla innych nie. To też piękne, że każdy odbiera sztukę, jak chce.

Redakcja poleca

Niedocenione piosenki Golden Life i inspiracje

Czy możesz w takim razie wskazać utwory, które uważasz za najbardziej niedocenione?

Jest ich masa. Na płycie "Bluberd" jest "Z Faustem w tle". W ogóle warstwa tekstowa na tym albumie była bardzo osobliwa i niesamowita. Ja i gitarzysta napisaliśmy po tekście, ale pierwsze skrzypce grał Tomek Bryl. Wcześniej nie zajmował się pisaniem, ale powiedział, że chętnie by coś napisał i stworzył tekst "Do przodu". Bardzo mi się spodobało jego pióro i zawsze go męczyłem, by spróbował z czymś jeszcze.

Tak napisał na przykład przepiękną i ciekawą, ale w ogóle niezauważoną balladę "Confiteo". Smuci mnie, że nie gramy ich na koncertach, ale nie jesteśmy w stanie zagrać wszystkiego. Musisz w godzinnym secie zawrzeć wszystkie rzeczy, na które ludzie czekają (choć setlista zależy też od tego, kiedy i dla kogo się gra).

Które z tych mniej popularnych piosenek zawarłbyś na swojej wymarzonej setliście?

Wartościowe są wg mnie np. "Ptak i drzewo", "Żonkil", "Brzydal", "Koen", "Thieves". Bardzo rzadko gramy też "Bo, bo ja to wiem". W 2012 r. powstała bardzo fajna płyta "AQQ  – Akustycznie", na której nagraliśmy covery swoich utworów i nadaliśmy im nowy sznyt. Wpadłem też na pomysł, żeby zaprosić innych wokalistów.

Byli m.in. Robert Gawliński, Artur Gadowski, Muniek Staszczyk, Titus z Acid Drinkers, Edyta Glińska. Uważam, że płyta jest świetna, ale trochę niezauważona. Z drugiej strony się cieszę, że to nie było na świeczniku. Czasami te popularne rzeczy są mało wartościowe, ale to wcale nie znaczy, że zawsze tak jest – żeby była jasność.

Których artystów w takim razie cenisz z polskiego mainstreamu?

Na przykład Organek mi się podoba z tych nowszych artystów. Jest jeszcze pewnie paru innych fajnych wykonawców. Nie przepadam za twórczością Sanah czy Dawida Podsiadły, którzy są mi obcy , jeśli chodzi o stylistykę. Świetnymi zespołami były i są dla mnie Voo Voo Wojtka Waglewskiego czy Raz, Dwa, Trzy. One do mnie przemawiają, coś dla mnie znaczą i mają na bardzo wysokim poziomie warstwy liryczną i muzyczną.

Z biegiem lat zacząłem też doceniać Czerwone Gitary, Niemena czy Breakout. Wszystko ma swój czas, swoje miejsce. Tak jak mówiłaś, czasami trzeba długo posłuchać, żeby znaleźć te wartościowe rzeczy.

Pewnie i u Podsiadły znalazłbyś ciekawsze dla siebie rzeczy, gdybyś pogrzebał głębiej.

Trzeba też chcieć. Czasami mówisz: "To w ogóle nie moja muzyka" i nagle przez przypadek słyszysz coś i pytasz, co to leci, a druga osoba odpowiada: "To ten zespół, o którym ci kiedyś mówiłem, a ty nie słuchałeś".

Też mam kilka rzeczy, które przez wiele lat odpychałem z jakiegoś powodu. Jak byłem młody, słuchałem Anglosasów, a polski bigbit uważałem za muzykę dla staruchów. Nie kumałem też twórczości Marka Grechuty. Dopiero po czasie doszedłem do wniosku, że jest ciekawa, nietuzinkowa. Dzisiaj mam wszystkie jego płyty.

Redakcja poleca

Które zespoły i którzy artyści mieli na Ciebie i Golden Life największy wpływ?

Musiałabyś zapytać każdego ze składu. Kiedy zaczynałem śpiewać, słuchałem mroczniejszych rzeczy: The Mission, The Cure. Potem poznałem chłopaków z Golden Life i pojawiły się zupełnie inne grupy.

Nagle na przykład rzeczy rockowe i popowe zamieniały się w rap, a potem – w ciężką muzykę typu Metallica czy Pantera. Pamiętam też, że ekipa z Roots Cafe, z którą nagrałem dwie płyty, pokazywała mi zupełnie inną muzykę: reggae, ska, folk. To też były niesamowite doznania.

To wszystko jakoś na ciebie wpływa – na twój sposób myślenia, odbierania sztuki, ale nie znaczy, że sam musisz tak grać. Tym bardziej, że mi się podoba trochę jazz, trochę rock itd. Albo jakiś fajny pop, np. w wykonaniu Robbiego Williamsa, który zabłysnął dla mnie po odejściu z Take That. Podobnie George Michael po rozpadzie Wham!. Wtedy zobaczyłem zupełnie nowego artystę.

Tak jak mówiłeś, to co tworzycie może być tak naprawdę składową jakichś luźnych inspiracji z różnych stron.

To zawsze składowa, bo nie można powiedzieć, że jak Wolski słucha ostatnio jazzu, to nagle zacznie go grać. On może najwyżej wpłynąć na ciebie w jakiś sposób i na sposób szukania przez ciebie nutek.

Dalsze plany Golden Life i Adama Wolskiego

Wspominałeś wcześniej o solowej płycie. Co możesz o niej powiedzieć?

Nie wiem, czy wypuszczę w tym roku całą płytę, ale na pewno wyjdzie pierwszy singiel. Proces powstawania albumu już trwa. To tak jak w Golden Life – nagrywam dużo pomysłów, potem sobie ich słucham i wybieram to, nad czym będę pracował. Jest dużo pomysłów, piosenek, ale jeszcze nie ukształtowałem sobie tego.

Ale masz już zarys brzmieniowy? Wiesz, w jakim kierunku chcesz iść?

W przypadku Golden Life chcemy generalnie brzmieć blisko tego, jak te utwory powstają. Z kolei w mojej muzyce, chciałbym troszeczkę poeksperymentować. Chciałbym, żeby słuchacz usłyszał szersze spektrum, o czym myślę muzycznie. Żeby to nie było jednak jak Golden Life. Szczególnie, że zespół to wykładnia pięciu osobowości, które się zderzają ze sobą.

Tutaj będę tylko ja, więc wszyscy usłyszą, co ja sam mam do powiedzenia. To będzie coś zupełnie innego. Z drugiej strony, niektórzy mówili, że i w moim solowym materiale słyszą Golden Life. Rzeczywiście może mój głos stał się na tyle charakterystyczny, że ludziom kojarzy się od razu z grupą.

Tak samo jest w filmach – kiedy aktor zagra jakąś charakterystyczną rolę i odniesie sukces, może zostać zaszufladkowany. Niektórzy ludzie stają się już tak uwarunkowani i mało otwarci, że nie potrafią spojrzeć na niego inaczej. Będą go widzieć jako tę jedną postać, nawet jeśli on pokazuje się w kolejnych filmach z zupełnie innej strony.

Tak też niektórzy odrzucają postrzeganie np. Johna Lennona czy Paula McCartney'a przez pryzmat działalności solowej. Zawsze będzie ten wspólny mianownik i porównywanie wszystkiego, co robili później, do The Beatles. W końcu zespół pozostawił po sobie spuściznę o niebagatelnym znaczeniu.

Rozumiem, że Ty nie odczuwasz jeszcze aż takiego zaszufladkowania?

Wiesz co, Golden Life niektórzy określali muzycznym kameleonem, który zawsze może czymś zaskoczyć. I chyba to robimy, choć jednocześnie wydaje mi się, że mamy już jakiś swój styl i nie uciekniemy od niego.

Tak samo ja nie ucieknę od swojego brzemienia. Sposób śpiewania i grania na gitarze mam taki, jaki mam, choć oczywiście raz mogę zaśpiewać ostrzej, raz spokojniej. Każdy może to też odczuwać po swojemu.

Tutaj ważnym elementem, o którym mało się mówi, jest produkcja. Utwory można wyprodukować w różnym stylu, nawet jeśli kompozycje są podobne. Przy czym ja cały czas chłopakom powtarzam, że najważniejsze, żeby piosenki były proste – takie, które możesz zagrać na gitarze akustycznej, a to, jak przedstawisz je na płytach i koncertach, zależy tylko od nas. Raz można to zrobić tak, raz tak.

Na koniec zapytam o plany zespołu. Macie coś konkretnego w zanadrzu?

Niedawno wydaliśmy album i będziemy jak najgłośniej mówić o tym, że Golden Life żyje i ma się dobrze. Chcemy też zrobić porządek w streamingu, żeby tam się pojawiły wszystkie nasze płyty. Dużo ludzi o nie pyta, a nawet nie ma reedycji tych pierwszych płyt. 

To temat rzeka, bo umowy prawne, które były zawierane w latach 90., nie były korzystne dla artystów i do dzisiaj niestety zabrały możliwość zrobienia niektórych reedycji. Firmy nie mają biznesu w tym, żeby pomóc nam wydać takie płyty.

Dlatego chcemy zrobić porządek z tym. Chcemy, żeby fani mieli dostęp do naszych pierwszych płyt, żeby mogli ich słuchać przede wszystkim w streamingu, bo to teraz najbardziej popularne. Chcemy też wydać reedycje winylowe i na płytach CD, żeby mogli je kupić. No i planujemy cały czas robić muzykę. Dopóki ludzie będą chcieli nas słuchać, dopóty będziemy grać.

Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na RockRadio.pl!