Czy horrory są do kitu? Poszłam na festiwal filmowy i wyciągnęłam wnioski
Horrory przez wielu widzów oraz krytyków uznawane są za mniej udane dzieci filmowej rodziny. Swą wątpliwą reputację zawdzięczają przede wszystkim zalewowi sztucznej krwi, opadowi gumowych kończyn czy specyficznemu humorowi. Bardzo często stanowi to mieszankę dyskwalifikującą, mimo że nie wszystkie produkcje ją zawierają. Zatem, czy horror to faktycznie zgniły gatunek?
- Oto dlaczego horrory nie powinny być lekceważone.
- Ten festiwal to Mekka dla miłośników kina gatunkowego.
- Sprawdźmy, w jakiej kondycji znajduje się polskie kino grozy.
Horror w Polsce powinien zyskać status zagrożonego wyginięciem. Krajowa kinematografia pozostawia mu niewiele miejsca. Zaś kina sieciowe dość wybiórczo wyświetlają zagraniczne tytuły. Dlatego też koneserzy dreszczowców powinni szukać gdzieś indziej. Na tym festiwalu można bowiem poczuć grozę, jak nigdzie indziej.
Horror niechcianym dzieckiem X muzy
Twórcy wielu zestawień najlepszych filmów wszech czasów konsekwentnie unikają umieszczania horrorów w czołowych dziesiątkach. Pierwszym z brzegu przykładem może być portal IMDb, który ceni wszystko tylko nie horror. Najwyżej znajdują się takie produkcje jak "Siedem", "Milczenie owiec" czy "Psychoza", które uplasowały się dopiero w trzeciej i czwartej dziesiątce listy.
Jednakże od ich premier minęło sporo czasu, więc wypadałoby rozejrzeć się za czymś świeższym. Wbrew pozorom godnych następców nie brakuje, trzeba jednak wiedzieć, gdzie szukać. Festiwale kina gatunkowego to jedno z najlepszych źródeł.
W związku z tym każdy szanujący się miłośnik kina grozy powinien przynajmniej raz w życiu odbyć pielgrzymkę na porządny festiwal horrorów. W tym przypadku Mekką dla polskich widzów może być Splat! Film Festival organizowany cyklicznie od 2015 roku.
W trakcie kilkudniowej imprezy fani kina gatunkowego mają okazję zobaczyć nie tylko premierowe pokazy polskich i zagranicznych filmów. W harmonogramie nie brakuje również dawnych klasyków czy spotkań z twórcami, które stanowią prawdziwą gratkę. Podczas tegorocznej edycji festiwalu odbywającej się w dniach 24-31 października w warszawskiej Kinotece nie zabrakło ani jednej z wymienionych atrakcji.
Żywa legenda okropnych klasyków
Można powiedzieć, że 11. edycja Splat! Film Festivalu upłynęła pod znakiem Lloyda Kaufmana i jego legendarnej niezależnej wytwórni Troma Entertainment. Widzowie mogli bowiem zobaczyć prawdziwe klasyki niskobudżetowych produkcji klasy B takie jak "Masakra na bezludnej wyspie", "Mr. Melvin" czy "Sierżant Kabukiman". Filmy te należy jednak zostawić prawdziwym koneserom.
Natomiast reszta, bez wyjątku mogła, a nawet powinna, uczestniczyć w wyjątkowej sesji pytań i odpowiedzi zorganizowanej piątego dnia festiwalu, tuż po seansie "Napadu na Cannes". W Q&A uczestniczył bowiem sam Lloyd Kaufman, ale także jego żona Pat Swinney Kaufman oraz córka Lily Hayes Kaufman, które bez cienia zwątpienia stanowią ważną część Tromy.
Podczas spotkania mogliśmy poznać początki wielkiego fenomenu, jakim jest Troma Entertainment, która od ponad 50 lat pozostaje na rynku. Była to również świetna okazja, aby dowiedzieć się, skąd Lloyd Kaufman czerpał inspirację do działania.
Studiowałem sinologię na Uniwersytecie Yale i wyniosłem stamtąd oczywiście trochę narkotyków, ale odkryłem też całe uniwersum Marvela. Przede wszystkim jednak wyniosłem filozofię yin i yang. [...] Z jednej strony mamy yin, czyli wolność, którą daje niezależna twórczość i tworzenie. Z drugiej jest yang, czyli sposób na to, jak zarabiać robiąc te filmy, aby mieć pieniądze na opłaty wynajmu albo jedzenie - mówił Lloyd Kaufman.
Pat Swinney Kaufman jako dyrektorka Biura Gubernatora Stanu Nowy Jork ds. Rozwoju Filmowego i Telewizyjnego oraz zastępczyni komisarza ds. Rozwoju Empire State ma do czynienia również z "poważnymi" produkcjami. Jednak jak sama podkreśla, funkcjonowanie w sztywnych ramach Hollywood szybko by ją znudziło.
Z jednej strony pracuję w dużym biznesie filmowym, przy dużych produkcjach, gdzie biorę to wszystko na serio. Biorę te produkcje na poważnie i jestem z nich dumna [...], ale równie poważnie podchodzę do młodych, nieznanych i niezależnych twórców, bo tutaj widzę przyszłość kina. Gdybym miała robić filmy tylko w Hollywood, bardzo szybko bym się znudziła, więc mam szczęście, że mogę być gdzieś pomiędzy tymi dwoma światami - dodała Pat Swinney Kaufman.
Horror z życia wzięty
11. Splat! Film Festival to jednak nie tylko Troma Entertainment. W harmonogramie wydarzenia znalazło się kilka intrygujących zagranicznych premier, a jedną z najciekawszych wydaje się "Matka much". Film zrealizowany nomen omen przez rodzinę Adamsów zdecydowanie znajduje się na przeciwległym krańcu całego horrorowego spektrum. Niepokojący, wypełniony folklorystycznymi motywami krył w sobie wielość znaczeń zaczerpniętych z różnych źródeł.
"Matka much" powstała na kanwie prawdziwych problemów, z jakimi zmagała się swego czasu rodzina filmowców. O kulisach powstania filmu, również w sesji Q&A, opowiedzieli twórcy tj. John Adams, Toby Poser oraz Lulu Adams.
W każdym z naszych filmów pojawia się jakiś wątek autobiograficzny albo jakieś odniesienie do tego, czego doświadczyliśmy w rodzinie. John i ja mamy ze sobą walkę z rakiem [...] doszliśmy do wniosku, że nadszedł czas, żeby opowiedzieć te historie. Podejmując taki temat czujemy, że jest w tym coś oczyszczającego. I podchodząc do tego nie czuliśmy smutku, ale czuliśmy właśnie tę siłę, która z tego wynika - powiedziała Toby Poser podczas Q&A.
W "Matce much" znalazło się wiele odniesień do Biblii, mitologii czy innych tekstów kultury. Jednakże do stworzenia całego świata największą inspiracją okazała się matka natura.
Mieszkamy w górach i obserwujemy, jak przebiega cały cykl życia i śmierci. W nocy słyszymy, jak wiele rzeczy umiera, a w dzień widzimy, jak wiele rzeczy wokół nas rośnie i się rozwija. Fascynowała nas idea opuszczania ciała, ale też te straszne rzeczy, które dzieją się z ciałem, kiedy gnije i chcieliśmy w jakiś sposób uhonorować tę ideę rozpadu, która też jest na swój sposób piękna i magiczna - dodała Poser.
Czy polski horror szoruje po dnie?
A jak wygląda sytuacja na rodzimym poletku? Podczas Splat! Film Festivalu wyświetlono dwie tegoroczne perełki polskich twórców. Premierowy pokaz zaliczył reżyserski debiut Pawła Podolskiego, czyli "Życie dla początkujących". Natomiast kilka dni później widzowie mieli okazję jeszcze raz zobaczyć "13 dni do wakacji" z sierpnia tego roku.
Dzieło Pawła Podolskiego na dzień dobry powinno przyciągać obecnością fantastycznego Michała Sikorskiego, wcielającego się w jednego z głównych bohaterów. Ojciec Jakub z "1670" nie jest jednak pustym wabikiem. "Życie dla początkujących" to przede wszystkim ciekawa historia przedstawiona w niekonwencjonalny sposób. Dlatego też widzowie, nawet ci z awersją do krwiopijców, powinni dać tej pozycji szansę.
Z kolei "13 dni do wakacji" to najnowsza propozycja od Bartosza M. Kowalskiego. Chociaż żadna z części "W lesie dziś nie zaśnie nikt" nie porwała, obie były ważnym i odważnym eksperymentem. Dlatego też reżyser jawi się jako iskierka nadziei dla polskiego horroru, a jego kolejna produkcja zwróciła uwagę wielu widzów.
"13 dni do wakacji" skutecznie buduje napięcie oraz poczucie izolacji, a także wieńczy historię niespodziewanym plot twistem. Jako całość stanowi dowód na to, że polskie kino grozy nie kończy się na "Wilczycy", która po latach wywołuje raczej uśmiech niźli gęsią skórkę.
Zatem, czy polski horror faktycznie szoruje po dnie? Uważam, że niekoniecznie. Chociaż jest jeszcze sporo do zrobienia, widać światełko w tunelu, a to już coś.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na RockRadio.pl!