Sidney Polak mocno po rozstaniu z T.Love: "Można to było zrobić z klasą"
Po 35 latach spędzonych w T.Love Sidney Polak po raz pierwszy tak otwarcie i uporządkowanie opowiedział o kulisach zakończenia współpracy z zespołem, reakcji na decyzję Muńka Staszczyka oraz własnej pozycji zawodowej poza legendarną formacją.
- Sidney Polak podkreśla, że nie postrzega swojego odejścia w kategoriach krzywdy czy konfliktu.
- Po początkowym zaskoczeniu szybko skupił się na działaniu, wskazując na stabilną karierę solową i niezależność.
- Szczegółowo opisał swoje zaangażowanie w pracę nad albumem "Hau! hau!", zwracając uwagę na realia rynku muzycznego.
Sidney Polak to jedna z kluczowych postaci polskiego rocka przełomu lat 90. i kolejnych dekad. Do zespołu T.Love dołączył jako osiemnastolatek i przez 35 lat pozostawał jego perkusistą, uczestnicząc w najważniejszych momentach kariery grupy – od budowania rozpoznawalnego brzmienia, przez okres największej popularności, po kolejne reaktywacje zespołu.
Rozwiąż quiz muzyczny. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...
Quiz: Quiz. T.Love czy Lady Pank? 10/20 hitów to obowiązek!
Równolegle konsekwentnie rozwijał karierę solową, nagrywał własne płyty i utrzymywał intensywną działalność koncertową poza macierzystą formacją. W audycji "Niezły Gość" w Rock Radiu, prowadzonej przez Mariusza Stelmaszczyka, Sidney Polak po raz pierwszy w tak uporządkowany sposób opowiedział o okolicznościach zakończenia współpracy z T.Love.
Sidney Polak: Nie czuję się poszkodowany
Wszystko zaczęło się od wydarzenia, które w praktyce zakończyło wieloletnią obecność Sidneya Polaka w zespole — krótkiej wiadomości SMS wysłanej przez Muńka Staszczyka. Polak od razu zaznaczył, że nie chce opisywać tej sytuacji w kategoriach osobistej krzywdy ani publicznego konfliktu, podkreślając, że jego celem jest jedynie przedstawienie faktów i kontekstu.
Ja w ogóle nie jestem w tej całej sytuacji żadną osobą poszkodowaną. To nie jest tak, że ja tutaj teraz opowiadam tę historię z pozycji kogoś, komu stała się jakaś niewyobrażalna krzywda. Po prostu opisuję to, jak to wyglądało z mojej strony i w jakich okolicznościach to się wydarzyło - mówił na antenie Rock Radia.
Kiedy rozmowa zeszła na kwestię braku bezpośredniej rozmowy przed zakończeniem współpracy, SidneyaPolak wyraźnie zaznaczył, że są obszary, których nie zamierza publicznie poruszać.
Trudno mi to komentować, dlatego że musiałbym dotykać prywatnych sfer Muńka, czyli kwestii zdrowotnych. Ja w to nie chcę wchodzić. Jednak, niezależnie od tego, uważam, że Muniek powinien mieć doradców, którzy powinni go pokierować w taki sposób, żeby zrobić to z klasą - dodał.
Szok, dystans i szybki powrót do działania
Sidney Polak opisuje swoją reakcję na zakończenie współpracy jako moment zaskoczenia, który jednak bardzo szybko ustąpił miejsca działaniu. Podkreśla, że jego sytuacja życiowa i zawodowa pozwalała mu zachować dystans.
Był szok, oczywiście, że był. Ale to zeszło. Zeszło bardzo szybko, dlatego że ja jestem zadaniowcem. Potrafię się zebrać i to nie jest największa tragedia w moim życiu. Ja nie byłem w tym zespole po prośbie. Mam swoją karierę solową, swoje hity, swoje apanaże, swoje życie. Ja mogę funkcjonować poza T.Love'em w bardzo dobrych warunkach. To nie jest kwestia pieniędzy nawet, tylko po prostu klasy - podkreślił "Niezły Gość" Rock Radia.
Tym samym Sidney Polak cofnął się do momentu reaktywacji T.Love po dłuższej przerwie. Jak podkreślał, jego udział w tym projekcie nie był decyzją automatyczną ani oczywistą, ponieważ w tamtym czasie znajdował się w zupełnie innym miejscu zawodowym.
Kiedy Muniek odwieszał zespół w 2022 roku, szybko się spotkaliśmy wszyscy i zaczęliśmy pracę nad płytą "Hau! hau!". Tylko że ja nie byłem do tego taki stuprocentowo przekonany. To się działo świeżo po swojej trzeciej płycie solowej. Rok 2019, ten przedpandemiczny, był dla mnie bardzo dobry. Odbudowałem swoją pozycję koncertową, zagrałem 65 koncertów w całej Polsce z zespołem. Rok 2020 też miał być bardzo dobry, miałem bardzo dużo propozycji, natomiast przyszła pandemia i to wszystko zatrzymała - opowiadał.
Praca nad "Hau! hau!" i skala zaangażowania
Jednym z najważniejszych wątków rozmowy była szczegółowa relacja z pracy nad albumem "Hau! hau!". Sidney Polak opisuje ją w kategoriach długotrwałego, indywidualnego wysiłku, podkreślając jednocześnie, jak bardzo zmieniły się realia funkcjonowania rynku muzycznego.
Ja bardzo dużo czasu poświęciłem na nagranie tej nowej płyty. Dwa miesiące w zasadzie spędziłem w studio sam. I trzeba sobie jasno powiedzieć - ekwiwalent w dzisiejszych czasach za płytę, nawet płytę zespołu znanego, nie jest współmierny do tego, ile pracy się w to wkłada. Największe apanaże mamy z grania koncertów. To nie jest kwestia tego, kto nagra płytę, tylko kto później gra koncerty. Nie robiłem tego wszystkiego po to, żeby nagrać płytę i nie uczestniczyć w koncertach - podsumował dosadnie.
Na koniec rozmowy Sidney Polak pozwolił sobie na sentymenty, przypominając, jak długą drogę przeszedł z zespołem, do którego dołączył jako nastolatek. "To jest kawał życia. Nikt praktycznie nie grał 35 lat w jednym składzie. Wisiałem na włosku, ale ten włosek się utrzymywał. Wszyscy inni spadali, a ja nie spadałem, bo nie było powodów" - zakończył.