"Najdzikszy gitarowy heros" miał tylko 30 lat. Zostawił po sobie ten hymn
8 stycznia 1991 roku zmarł Steve Clark – gitarzysta i współtwórca brzmienia Def Leppard, który stał się jednym z najbardziej charakterystycznych gitarowych indywidualistów lat 80. Nazywany "Riffmasterem", łączył melodyjność z agresją, wyczucie z temperamentem i emocjonalność z charyzmą, tworząc riffy, które przeszły do historii rocka.
- Steve Clark od 11 roku życia rozwijał unikalny styl, który stał się fundamentem sukcesu Def Leppard.
- Osiągnął z zespołem światową sławę dzięki albumom "Pyromania" i "Hysteria".
- Utwory takie jak "Bringin' On the Heartbreak" do dziś pozostają symbolem jego talentu.
8 stycznia 1991 roku zmarł Steve Clark – gitarzysta, kompozytor i współtwórca brzmienia Def Leppard. Miał zaledwie 30 lat, a mimo to zdążył zapisać się w historii rocka jako jeden z najbardziej charakterystycznych gitarowych indywidualistów swojej epoki. Nazywany "Riffmasterem", łączył melodyjność z agresją, wyczucie z nieokiełznanym temperamentem emocjonalność z charyzmą.
Rozwiąż quiz. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...
Quiz: Quiz muzyczny z prawdziwego zdarzenia. Tylko rockowy mocarz zgarnie 20/20
Pochłonięty muzyką, od pierwszej gitary, otrzymanej w wieku 11 lat rozwijał styl, z czasem stał się fundamentem sukcesu zespołu. Jego życie prywatne było jednak coraz bardziej podporządkowane używkom. Rodzice Steve'a Clarka po latach mówili wprost, że ich syn "powoli popełniał samo*ójstwo", a uzależnienie okazało się silniejsze niż talent i ambicje.
Steve Clark wpadł w sidła nałogu
Def Leppard, do których Steve Clark dołączył jeszcze jako nastolatek, w pierwszej połowie lat 80. wyrastali na jedną z najważniejszych grup hardrockowych świata. Po obiecującym debiucie prawdziwy przełom przyniosła "Pyromania" – album, który uczynił z Brytyjczyków globalne gwiazdy i na długie miesiące zdominował amerykańskie listy sprzedaży.
Zespół słynął z perfekcyjnie dopracowanych refrenów, potężnych gitarowych harmonii i produkcyjnego rozmachu, za który odpowiadał Robert "Mutt" Lange. Drogę Def Leppard na szczyt naznaczyły jednak dramaty: wypadek perkusisty Ricka Allena, który stracił rękę, oraz narastające problemy Steve'a Clarka z alkoholem i narkotykami.
Mimo ogromnego sukcesu "Hysterii" i trwającej kilkanaście miesięcy trasy koncertowej, wewnątrz zespołu coraz częściej chodziło już nie o muzykę, lecz o ratowanie kolegi. Śmierć gitarzysty przerwała ten proces definitywnie, a płyta "Adrenalize" ukazała się już jako dzieło naznaczone jego nieobecnością, ale wciąż wypełnione jego geniuszem.
Tak zapisał się w historii rocka
Jednym z utworów najmocniej kojarzonych z gitarzystą pozostaje "Bringin' On the Heartbreak". Piosenka trafiła na drugi album Def Leppard "High 'n' Dry" z 1981 roku i była wspólnym dziełem Steve'a Clarka, Pete'a Willisa oraz Joe Elliotta. To klasyczna rockowa ballada o niespełnionej miłości – pełna napięcia, melancholii i charakterystycznych, przestrzennych gitar.
Choć dziś uchodzi za jeden z hymnów zespołu, początkowo przeszła niemal bez echa. Def Leppard byli wtedy dopiero zespołem "na dorobku", a singel nie zdołał przebić się na listy przebojów. Dopiero po sukcesie "Pyromanii" utwór doczekał się nowej wersji i ponownego wydania w 1984 roku, które wprowadziło go na amerykański "Billboard".
Z czasem "Bringin' On the Heartbreak" zaczęło żyć własnym życiem – także koncertowym. Podczas trasy promującej "Hysterię" zespół prezentował go w nowej aranżacji: zaczynanej na gitarach akustycznych, by w kulminacji przejść w elektryczny finał z charakterystycznym solo Steve'a Clarka.
Hit śpiewała nawet Mariah Carey
Ten pomysł stał się inspiracją dla wielu innych grup lat 80., które zaczęły wplatać akustyczne momenty w swoje rockowe sety. Utwór doczekał się też teledysków, rotacji w rodzącym się MTV oraz nieoczekiwanych interpretacji – jak popowa wersja Mariah Carey z początku XXI wieku.
Zapytany o cover, Elliott powiedział w wywiadzie dla "Las Vegas Sun": "Myślę, że wykonała świetną robotę. Jest wierna aranżacji, ale nie jak rockowy utwór". Zwrócił również uwagę na jej "niesamowitą gimnastykę wokalną pod koniec... dzięki której Minnie Riperton brzmi jak Tom Waits".
Dziś "Bringin' On the Heartbreak" pozostaje nie tylko ważnym punktem w historii Def Leppard, ale też trwałym śladem talentu Steve'a Clarka: gitarzysty, który potrafił zamknąć w kilku minutach muzyki zarówno emocjonalną wrażliwość, jak i rockową siłę.